Święto Fajki Przemyśl – miasto, które dymi z dumą....
W malowniczym zakątku południowo-wschodniej Polski, tam, gdzie San swoim nurtem oplata zabytkowe wzgórza, znajduje się miejsce, które od wielu lat pulsuje jako polskie serce fajczarstwa. Przemyśl - dla wielu perełka architektury, ale dla fajczarzy jest oazą pasjonatów fajki. Co roku, na koniec czerwca, zbiera w jednym miejscu wszystkich zamiłowanych pasjonatów, ciekawskich podróżników, skromnych domowych fajczarzy, żeby stworzyć najpiękniejszą i jednocześnie największą fajczarską bibkę.
W tym roku postanowiłam wyruszyć na swoją pierwszą przemyską przygodę - czy przemyślaną? Autem pojechałam do Gorzowa. Przebyłam wiele kilometrów spóźnionym autobusem - spałam na siedząco, żeby móc przeżyć i usłyszeć, jak głośno bije miłość ludzi do fajki na XX Święcie Fajki. Przemyśl i Gorzów Wielkopolski dzieli przeszło 816 km - to podróż, która trwała aż 12 godzin i 37 minut. To nie tylko test wytrzymałości dla mięśni oraz cierpliwości - to prawdziwa próba dla ducha i pasji.
Wielu z nas zna ten moment: siedzisz, patrzysz przez szybę na mijane miasta i czekasz. Ja w plecaku miałam futerał z fajką, słoiki z tytoniem i kilka cygar. Serce biło mocniej - bo wiedziałam, że ta droga ma sens, bo zmierzam tam, gdzie świat fajki tętni życiem.
Dzień przed głównym wydarzeniem upłynął w niezwykle serdecznej atmosferze – rozpoczęliśmy od grilla u H. i M. Worobców, połączonego ze zwiedzaniem ich pracowni. Mogłam na żywo zobaczyć maszyny, dotknąć narzędzi, którymi są wytwarzane - jakże dla mnie ważne przedmioty. Zobaczyłam jak wygląda polerowanie, gdzie leżą kawałki wrzośca. Przemiła atmosfera, ciekawe rozmowy pełne refleksji, przeplecione głośnym i radosnym śmiechem - kto mnie zna, wie, że ja śmieję się zawsze, więc wykorzystałam w pełni możliwą chwilę, aby w moim gardle zagościła radość. Później przenieśliśmy się do siedziby Bróg Pipes, gdzie czekał na nas kolejny grill. Pełen obfitości we wszystko o czym Twoja dusza pomarzy będąc na imprezie. Tym razem pod szyldem charytatywnej akcji. Odbyła się licytacja na której wiele z przedmiotów zostało podarowanych przez gości oraz kameralny turniej wolnego palenia. Dochód z wydarzenia został przekazany na leczenie chorego chłopca - to piękny i namacalny dowód na to, że świat fajki to nie tylko pasja, ale też serce chętne do pomocy. Wylicytowałam kolczyki „sowy” - zostały prezentem dla mojej siostry.
Zanim opowiem o Święcie Fajki, któremu w hołdzie ofiarowuję swój dzisiejszy artykuł, chciałabym na chwilę cofnąć się z Wami w czasie i w krótkim streszczeniu opisać początek fajkarstwa przemyskiego.
Przemyscy fajkarze wywodzą swój początek od dwóch ważnych postaci, tworzących swoistego rodzaju drzewa genealogiczne.
Pierwszym, który rozpoczął podwaliny pod późniejsze sukcesy przemyskiego rzemiosła, jest Wincenty Swoboda - Czech, zakochany w Polce, osiedlił się w Przemyślu.
W swoim warsztacie miał wielu rzemieślników, tworząc dzięki temu fajki seryjne. Swoboda zmarł w czasie wojny, ale na szczęście zostawił po sobie spadek w postaci Wiktora Winiarskiego, od którego pochodzi jeden z wspaniałych teraźniejszych twórców - znany na całym świecie i będący jednocześnie jedną z najważniejszych twarzy Święta Przemyskiego - Zbyszek Bednarczyk (to jest człowiek, w imię którego stworzę za jakiś czas osobny artykuł, aby w swój skromny sposób złożyć dla niego i jego ciężkiej pracy ukłon), oraz Ludwika Walata, który wszedł w porozumienie z wdową i uzyskał pozwolenie na korzystanie z maszyn, aby nadal rozwijać fajkarskie rzemiosło. Co ważne, Ludwik tworzył pierwsze fajki z wrzośca, który w tamtym czasie był w Polsce surowcem nieosiągalnym. Udało mu się dojść do źródła w Albanii. Wysyłali co prawda najgorsze jakościowo wrzośce - dziurawe, najmniej wartościowe - ale dzięki temu mógł rozpocząć erę wrzośca w Polsce. Jakże ważną Erę, trwającą po dzień dzisiejszy, bo przecież jest naszym najcenniejszym tworzywem do wyrobu fajek. Nie było to łatwym zadaniem, ponieważ był skrupulatnie rozliczany z każdego uzyskanego albańskiego kawałka wrzośniowego. Po śmierci Ludwika Walata czynnie zaczęli działać dwaj jego uczniowie: Ryszard Kulpiński i Ryszard Filar – który na tę chwilę jest naszym najstarszym w Polsce fajkarzem (przyznajmy, że Ryśki to zdolne chłopaki). Oboje, po raz kolejny za zgodą wdowy po wspaniałym fajkarzu, przez kolejne 2–3 lata tworzyli fajki, które nadal funkcjonowały pod szyldem i sygnaturą Ludwika Walata. Później rozeszli się, tworząc dwa bardzo cenne w polskim fajkarstwie warsztaty.
Drugim odnóżem jest „drzewo Polera”, od którego pochodzi Paweł Worobiec. On nauczył swojego syna Henryka, który następnie przekazał pałeczkę swojemu synowi Mateuszowi Worobcowi, Matys aktualnie jest bardzo rozpoznawalnym i cenionym fajkarzem. Wielu polskich fajczarzy w swoim zbiorze obowiązkowo posiada chociaż jedną fajkę sygnowaną literką „W”. Przemyśl posiada również wielu samodzielnych fajkarzy - chociażby Kazimierza Sochackiego, dzięki któremu dzisiaj możemy korzystać z usług Tadeusza Polińskiego - przez wielu nazywanego „mistrzem”.
Wystarczy tej historii – nie jestem przecież encyklopedią i nie piszę naukowego referatu. O, Bogowie! Lewandowska i podręcznikowa wiedza? To nawet nie brzmi dobrze. Nie zasypiajcie… Ale to dzięki nim i historii - Przemyśl to dzisiaj swoista stolica polskiego fajczarstwa i to tutaj odbywa się coroczny Dzień Fajki, który przyciąga pasjonatów z całej Europy i przyciągnął również mnie. Tutaj, w zabytkowych uliczkach, można spotkać ludzi paradujących z fajką w zębach, dumnie noszących flagi, loga, szyldy swoich klubów. Równie ważna jest też zgrana, życzliwa, niezwykle zaangażowana społeczność. Nikt tam nie konkuruje - współpracują, starając się stworzyć jedno z najpiękniejszych fajczarskich widowisk na świecie.
Tegoroczna edycja imprezy odbyła się pod hasłem „Fajka Amerykańska – Howdy Pipe”. Jedną z wielu atrakcji, o których warto wspomnieć, jest wielka parada, w której miałam ogromną przyjemność wziąć udział. Fajczarze przebrani w amerykańskim stylu przeszli ul. Kazimierza Wielkiego pod Muzeum Dzwonów i Fajek. Przy pomniku fajki - ławeczce- odbyła się uroczysta inauguracja. Patronowie rozpalili tam symbolicznie wielgachną faję i ulicą Franciszkańską wróciliśmy na Stary Rynek. Mnóstwo uśmiechniętych twarzy, ludzie robili zdjęcia, machali… Usłyszałam nawet kilka razy: „O, kobieta też idzie z fajką!”. Cudownym uczuciem było dla mnie zostanie częścią tej jakże radosnej, szczęśliwej społeczności. Poczułam się jak mała mrówka, która razem z pobratymcami tworzy jeden wielki, tętniący życiem organizm. Kobieta z fajką? Dlaczego nie?
Na Starym Rynku można było wziąć udział w kiermaszu fajkowym, gdzie zjechała się cała śmietanka rzemieślników, aby pochwalić się swoimi wytworami. Zakupić, pooglądać fajki, zadawać pytania, rozmawiać, poznać osobiście… Wszystkie chwyty dozwolone! Poznałam wszystkich! Ale…
Spotkanie z legendą – uścisk dłoni mistrza!
Najbardziej wzruszającym momentem mojego pobytu w Przemyślu było spotkanie z najstarszym polskim fajkarzem, panem Ryszardem Filarem. Jego dłonie – spracowane, ale wciąż pewne i delikatne – opowiadały więcej niż jakiekolwiek słowa. Uścisk tej dłoni był jak fizyczny kontakt z historią.
Radość, jaka mnie ogarnęła, była trudna do opisania. To było coś więcej niż zaszczyt – to było uczucie, jakby czas na chwilę się zatrzymał. Móc spojrzeć w oczy człowiekowi, który całe życie poświęcił swojej pasji, to jak otworzyć książkę i usłyszeć, jak sama zaczyna się czytać. Na dodatek pozwolił mi uwiecznić nasze spotkanie na zdjęciu…
Ryszard Filar
Pierwszą fajkę, którą udało mi się własnoręcznie odrestaurować, to właśnie „Filar”. Mam nadzieję co roku go spotykać, ale ten pierwszy raz - to uczucie ciepła, pasji i zwykłej ludzkiej radości - zostanie ze mną już do końca. Są w życiu takie krótkie momenty, dzięki którym czujemy, że jesteśmy w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie - to był właśnie jeden z moich.
Poza atrakcjami głównie dedykowanymi dla fajczarzy można było uszczknąć również wielu innych atrakcji - od koncertów po zlot amerykańskiej motoryzacji. Wiele atrakcji dla maluchów, tańce w wiosce Indian, stoiska pełne pysznego jedzenia, regionalnego piwa. Nie trzeba było być fajczarzem - wystarczyło pojechać i każdy mógł znaleźć coś dla siebie!
W Przemyślu, mieście przesiąkniętym zapachem tytoniu, nie mogło zabraknąć miejsca na ducha rywalizacji - pełnego klasy i uśmiechu. Wzięłam udział w turnieju wolnego palenia fajki. Choć to wydarzenie miało w sobie nutkę sportowego ducha, to przede wszystkim było spotkaniem ludzi z pasją.
Ręce lekko drżały z emocji, serce biło szybciej, a w powietrzu unosił się nie tylko dym, ale też wzruszenie. Każdy miał swoją technikę, ale wszyscy - jeden cel: dzielić się tym, co kochamy najbardziej.
Wśród zawodników panowała niezwykła serdeczność. Nikt nie patrzył na drugiego jak na rywala - raczej jak na bratnią duszę, która tak samo jak my ceni spokój, rytm oddechu i ciepło fajki. Oni też, jak ja, nie chcieli leżeć na kanapie przed TV, tylko zapakować się i często przemierzyć wiele kilometrów, żeby próbować swoich sił w wolnym paleniu. Uśmiechy, żarty, wzajemne wsparcie - w tych chwilach czułam, że jestem częścią czegoś pięknego i bardzo ludzkiego.
Nie wygrałam, ale wyszłam stamtąd bogatsza o emocje, o nowe znajomości i ten cudowny stan ducha, kiedy czujesz się po prostu... na miejscu. Cudowne komplementy, słowa otuchy, rady… dostałam wszystko, czego dostać chciałam. Ukończyłam z czasem 30:25 i, chociaż nie było w tym nic imponującego, byłam z siebie po prostu dumna! Że tam jestem, że ludzie mnie tam chcą widzieć. Rozdanie dyplomów dla uczestników odbyło się w pubie Niedźwiadek, a na rynku - uroczyste koronowanie króla! Czyli najdłużej palącego uczestnika turnieju. W tym roku został nim Piotr Pleskot, którego osobiście poznałam już dzień wcześniej - przesympatyczny człowiek z wielkim serduchem. Gdybym miała wymieniać wszystkie momenty, które wprawiały moje serce w głośniejszy rytm, spędzilibyście wiele godzin na czytaniu tego artykułu. Poznałam Henryka Worobca, wybitnego fajkarza, który okazał się tak przyjacielskim człowiekiem… Wydawałoby się, że przecież taki „sławny pan” nie straci dla zwykłego pionka nawet chwili… a ja tych chwil dostałam mnóstwo - od wspólnego obiadu po turnieju, w którym był moim sędzią stolikowym, po pogaduszki przy stoisku i wiele momentów, kiedy czułam się zwyczajnie ważna.
Mateusz i Henryk Worobiec
Myślę, że nie tylko ja mogłam się właśnie tak poczuć - chciana, potrzebna, zaopiekowana!
Nie sposób mówić o przemyskim świecie fajki, nie wspominając o człowieku, który swoją pasją, zaangażowaniem i serdecznością tworzy ten świat na co dzień, nie tylko od święta - Zbyszku Bednarczyku.
Zbyszek to nie tylko gospodarz - to dusza wydarzenia. Od pierwszego powitania było czuć, że robi wszystko, by każdy uczestnik poczuł się jak u siebie. Z troską doglądał każdego szczegółu - od ustawienia stołów, przez zapas tytoniu, po uśmiech, którym obdarzał wszystkich przybyłych.
U boku swojej wspaniałej żony, która jest jedną z najbarwniejszych postaci, jakie miałam przyjemność w życiu spotkać. Razem tworzą obraz od którego ciężko oderwać wzrok, nie mając kącików ust skierowanych ku górze! W uśmiechu.
Zbyszek był wszędzie: tu rozmawiał, tam pomagał, a jeszcze gdzie indziej dopinał ostatnie detale z niegasnącym entuzjazmem. Jego obecność dawała poczucie, że jesteśmy nie tylko gośćmi, ale i częścią fajczarskiej rodziny.
To człowiek, który nie musi mówić, że kocha to, co robi - wystarczy popatrzeć, jak się stara i jak wygląda. Dla wielu z nas to właśnie Zbyszek sprawił, że ten dzień był tak wyjątkowy.
Zbyszek Bednarczyk i Tadeusz Poliński
Jedną z ogromnych zalet wyprawy do Przemyśla jest też oczywiście możliwość zobaczenia pięknej architektury, którą Przemyśl aż kipi! Szukanie figurek niedźwiedzi, które są w różnych zakątkach miasta… coś niesamowitego! W głębi serduszka mam oczywiście nadzieję, że mój artykuł zachęci chociażby jedną osobę, aby w przyszłym roku też zostać jedną taką mrówką w wielkim, zadymionym mrowisku! Z cygarami też można! Sprawdziłam, szlak przetarłam! Nie wyganiali mnie z cygarem, a wręcz kilka osób było zainteresowanych, „co tam sobie palę”. Z dumą opowiadałam o Smoke Bros, jestem pewna, że dostalibyście tyle samo troski, co sama dostałam. Dlatego z całego swojego fajczarskiego serca zachęcam Was, abyście sami kiedyś, chociażby z ciekawości, odwiedzili Przemyśl podczas trwania Święta Fajki! W życiu należy się otaczać rzeczami, które sprawiają, że jesteśmy szczęśliwi, i życzliwymi ludźmi. I to wszystko znajdziecie w Przemyślu… Zostawiłam tam kawałek serca, który będę jeździła co roku odwiedzać.
Spotkać starych przyjaciół, poznawać nowych! Nie przestawać walczyć, aby fajczarstwo w Polsce dumnie i silnie trwało. Choć czasy się zmieniają, a świat pędzi coraz szybciej, w Przemyślu nieustannie tli się płomień tradycji. Spotkania takie jak to przypominają, że fajka to nie tylko przedmiot - to ludzie, rękodzieło i opowieść przekazywana z pokolenia na pokolenie.
To także walka. Walka o to, by pasja nie zgasła, by nie została przysypana kurzem nowoczesności. Śmiesznymi e-petami… z jakimiś dolewanymi olejkami pełnymi chemii. Przemyśl pokazuje, że historia żyje - w dłoniach, w dymie wolno palącej się fajki na turnieju, w śmiechu przy wspólnym stole.
Bo to właśnie ludzie są sercem tego świata - ci, którzy wierzą, tworzą, wspominają i pielęgnują, również ja i Ty. A my - uczestnicy, pasjonaci, widzowie - jesteśmy strażnikami tej opowieści. Musimy przyjmować oręże mistrzów i ruszyć na front w walce o pamięć. Mam nadzieję, że i moja skromna opowieść dołoży malutką cegiełkę do tego muru, który stworzyli przemyscy fajkarze i fajczarze.
Na zakończenie chcę zaprosić Was z całego serca na przyszłoroczne Święto Fajki w Przemyślu - to nie tylko wydarzenie, to spotkanie dusz połączonych dymem, drewnem i serdecznością. Jeśli kochasz tradycję, rękodzieło, zapach palonego tytoniu i ciepło ludzkich historii - nie może Cię zabraknąć.
Pakuj fajkę - jeśli jej nie masz, to sobie kupisz na miejscu, cygara, zabierz uśmiech i przyjedź do miejsca, gdzie spędzisz czas na poznawaniu fajczarskiego świata… mojego świata.
Przemyśl już na Ciebie czeka.
Niech trwa. Niech dymi. Niech żyje świat fajki!
Pozdrawiam Ula