Tatuaje El Triunfador No.4 Robusto
Wydaje mi się, że Triunfadora wielu z was może dobrze znać lub chociażby kojarzyć. Dziś postaram się przybliżyć wam kolejne cygaro, które plasuje się w niższym spektrum cenowym. To pierwszy budżetowy produkt Tatuaje, który mam przyjemność opisywać. Obecnie dostępny jest tylko w jednym formacie, Petit Robusto, pakowane w tzw. bundle, czyli foliowe opakowania zbiorcze, ale nie zawsze tak było.
W Stanach Zjednoczonych oferowany jest aż w ośmiu różnych rozmiarach, co z pewnością zadowoli każdego miłośnika cygar. Sposób pakowania również różni się od tego, co znamy – zamiast paczki zawierającej 25 cygar, która zresztą jest bardzo estetycznie wykonana jak na bundle,otrzymujemy skromne, ale znacznie bardziej efektowne skrzyneczki zawierające 10 cygar. Osobiście bardzo mi odpowiada takie rozwiązanie, pomimo faktu, iż jest wiele blendów, których w ciemno mógłbym zakupić cały box 20 lub 24 sztuk to jednak mniejsze opakowania bardziej do mnie przemawiają. Powód jest prosty, daje to więcej możliwości zakupowych, a wiadomo, że zawsze lepiej mieć dwa pudła niż jedno.
Wracając do samego cygara, jego wypełniacz i zwijacz pochodzą z Nikaragui, a całość owinięta jest liściem Habano Ecuador Sun Grown. W odróżnieniu od obecnie dostępnego Petit Robusto, które ma klasyczny kształt parejo, tutaj mamy do czynienia z box-pressed, co zawsze cieszy moje oko. W porównaniu do większości cygar Tatuaje, okrywa jest stosunkowo jasna, raczej nieoleista, o gładkiej fakturze. Ring jest prosty, ale elegancki – czerwony z złotymi zdobieniami, nawiązujący do klasyki cygar kubańskich, co było zamysłem samego blendera. Moje cygaro ma dodatkową, tajemniczą opaskę na stopie, ale o tym później.
Przejdźmy teraz do walorów smakowych. Choć nie dzieje się tu zbyt wiele, uważam to za ogromny atut tego cygara. Z tego, co udało mi się ustalić, założeniem producenta było stworzenie blendu na daily smoke, po który można sięgnąć o każdej porze dnia,mającego jednocześnie przypominać stare kubańskie mieszanki. Ekspertem od cygar Kubańskich nie jestem, przyznam szczerze, że palę je dosyć rzadko, tym bardziej, jeśli mówimy tu o starszych wypustach. Ale kiedy sięgnąłem po El Triunfadora po raz pierwszy zanim zrobiłem jeszcze,jakikolwiek research to pierwsze co mnie w nim właśnie urzekło to niesłychana ilość tego „kubańskiego pierwiastka” w jego body, które jednocześnie jest dość delikatne jak na swoje nikaraguańskie pochodzenie, lecz nie pozbawione wyrazistego charakteru.
Można zatem stwierdzić, że zamiar blendera został zrealizowany. Motywem przewodnim jest tutaj słodki cedr i to on gra pierwsze skrzypce. Gęsty i wybitnie kremowy dym jest tu obecny w obfitości. Gdzieniegdzie przebijają się także subtelne akcenty ziemi i skóry. Odrobina pieprzności atakuje dosłownie na początku od razu ustępując kremowo-cedrowej słodyczy, by później powrócić w ostatniej tercji. Warto również zwrócić uwagę na nuty floralne/kwiatowe, które wydawały mi się obecne w drugiej tercji. Przyznaję jednak, że te aromaty sprawiają mi pewne trudności i ciężko mi je jednoznacznie zdefiniować. Nie jestem specjalistą ani ekspertem, lecz zwykłym pasjonatem, który wciąż stara się jak najlepiej rozwijać swoje umiejętności sensoryczne. I to by było w zasadzie wszystko – czy to źle? Subiektywnie uważam, że to właśnie ten stosunkowo prosty, ale niezwykle smaczny profil jest kwintesencją satysfakcji płynącej z degustacji tego cygara. Dopełnieniem przyjemnego doświadczenia jest brak problemów ze spalaniem, doskonały ciąg i piękny, zwarty, biały popiół.
Zbliżając się ku końcowi, chciałem wrócić do kwestii tajemniczego ringu na stopie z napisem „Limitada de los Compañeros”, o którym wspomniałem już wcześniej. Przeszukałem najgłębsze czeluści Internetu w poszukiwaniu informacji na ten temat, niestety bezskutecznie. Bardzo mnie to zasmuciło, ponieważ uwielbiam takie ciekawostki, a nierozwiązana zagadka pozostawia pewien niedosyt. Postanowiłem spróbować, więc u źródła, ponieważ miałem pewne przypuszczenia. Okazało się, że Tatuaje nie miało w tym żadnego udziału, a opaska została dodana na miejscu przez lokalnego importera, co tylko potwierdziło moje wcześniejsze domniemania. Idąc dalej tym tropem, kontaktując się z drugą stroną uzyskałem informację, że kiedyś w ten właśnie sposób wyróżniali po 40 pudełek danego blendu jako cygaro miesiąca, ale od lat już tego nie praktykują. Może to nic, nic wielkiego, ale rozwiązanie zagadki zawsze cieszy, jednocześnie stanowiąc ciekawy smaczek, który pięknie zwieńcza mój punkt widzenia.
Słowem podsumowania, niezależnie od tego, czy zaczynając dzień sięgniesz po El Triunfadora do porannej kawy, czy też wybierzesz je do wieczornej szklanki Bourbona po ciężkim dniu, to cygaro, choć niezbyt złożone „triumfuje” przystępnością stanowiąc doskonały wybór na chwilę relaksu z odrobiną kubańskiego charakteru w tle.
Pozdrawiam Sebastian